Szkoły jutra?
#83
Cześć i czołem dobry człowieku! 👋
Szkoła w poczekalni przyszłości.
O tym, kto pisze scenariusz „edukacji jutra”
Na dworze Ludwika XI żył astrolog, który przepowiedział śmierć damy dworu. Dama umarła w przewidzianym terminie. Rozgniewany król postanowił pozbyć się wróżbity, ale na pożegnanie zadał mu jeszcze jedno pytanie: a ty, kiedy umrzesz? Astrolog odparł, że dokładnie trzy dni przed Waszą Królewską Mością. Od tej chwili Ludwik strzegł jego życia jak własnego.
Filozofka z Oksfordu Carissa Véliz otwiera tą anegdotą wydaną w tym roku książkę Prophecy i wyciąga z niej wniosek, który będzie nam dziś nieodzowny: proroctwo nie musi być prawdziwe, żeby działało. Wystarczy, że słuchacza nie stać na jego sprawdzenie. Albowiem przewidywanie przyszłości od zawsze było mniej wiedzą, a bardziej władzą.
Toteż retoryczne pytanie do nauczycielek i nauczycieli: która instytucja w całym społeczeństwie jest najbardziej bezbronna wobec ludzi mówiących „ja wiem, co nadchodzi”?
Szkoła, czyli instytucja przyszłości
Szkoła żyje przyszłością z definicji. „Przygotowujemy uczniów do wyzwań jutra” - to zdanie stoi w co drugiej misji szkoły i w co drugim dokumencie ministerialnym. I słusznie: po to jest edukacja. Niemniej to samo zdanie ma drugą stronę, o której mówi się rzadko. Kto kontroluje opis jutra, ten kontroluje szkołę dziś. Nie potrzebuje do tego kuratorium ani podstawy programowej. Wystarczy, że przekona nas, jak będzie wyglądał świat za dziesięć lat - a my sami przestawimy plany lekcji.
Nazywam tę strukturę pretopią: nie utopią (wymarzonym miejscem) i nie dystopią (miejscem, powiedzmy “koszmarnym”), lecz poczekalnią - wyobrażoną przyszłością, która urządza realną teraźniejszość. Jej budżety, jej instytucje, jej plany lekcji. Szkoła jest największą poczekalnią, jaką zbudowała nowoczesność. I właśnie dlatego warto wiedzieć, kto obecnie najgłośniej zapowiada, co czeka za drzwiami.
Skądinąd samo hasło „szkoła jutra” ma przeszło sto lat. W 1915 roku John Dewey wydał z córką Evelyn książkę Schools of To-morrow - najgłośniejszy w dziejach pedagogiki projekt „edukacji przyszłości”. Tyle że u Deweya wektor biegł w przeciwną stronę niż u dzisiejszych proroków. Jego szkoła jutra nie przygotowywała dzieci do świata ogłoszonego z góry; jutro miało wyrastać z dzisiejszego doświadczenia dziecka. „Wychowanie jest procesem życia, a nie przygotowaniem do przyszłego życia” - pisał już w 1897 roku w swoim pedagogicznym credo. Patron wszystkich „szkół jutra” pierwszy ostrzegał przed zamienianiem szkoły w poczekalnię. Gdy więc słyszymy dziś o edukacji przyszłości, warto pytać, o którą wersję chodzi: o jutro wyrastające z dziecka czy o jutro ogłoszone dziecku.
Prorocy: TESCREAL i rachunek przyszłych ludzi
W 2024 roku informatyczka Timnit Gebru i filozof Émile Torres opublikowali głośny artykuł o „wiązce TESCREAL” - siedmiu zachodzących na siebie ideologiach Doliny Krzemowej (transhumanizm, ekstropianizm, singularytarianizm, kosmizm, racjonalizm, efektywny altruizm, longtermizm). Różnią się szczegółami, ale łączy je jedno: wszystkie czerpią autorytet z przyszłości. Z tego, że ich zwolennicy wiedzą - albo twierdzą, że wiedzą - dokąd zmierza historia, i że tę wiedzę trzeba przekuć w decyzje już dziś. Gebru i Torres dodają do tego mocny zarzut genealogiczny: obsesja na punkcie „inteligencji” i jej mierzenia ciągnie się w tych środowiskach od pierwszej fali eugeniki. Dla ludzi szkoły to zarzut wart zapamiętania, bo szkoła już nie raz w historii dała się uwieść obietnicy, że o wartości człowieka rozstrzyga wynik testu.
Najpoważniejszym filozofem tej konstelacji jest William MacAskill. Jego What We Owe the Future (2022) to wykład longtermizmu: przyszli ludzie liczą się moralnie tak samo jak my, a ponieważ może ich być astronomicznie wielu, los dalekiej przyszłości przeważa niemal każdy dzisiejszy dylemat. MacAskill pisze też o „zablokowaniu wartości”: kto zaprojektuje przyszłą superinteligencję, ten może utrwalić swój system wartości na pokolenia. Trzeba mu oddać sprawiedliwość: to jest myśl poważna, a pytanie o odpowiedzialność wobec przyszłych pokoleń należy do najstarszych pytań etyki - i nie zamierzam go wyśmiewać. Krytycy pokazują jednak, dokąd prowadzi ta arytmetyka w praktyce. Filozofka Alice Crary nazywa longtermizm ideologią, która odciąga uwagę od cierpienia tu i teraz; Torres, dawny longtermista, mówi wprost o ideologii niebezpiecznej. Dla edukacji kluczowe jest co innego: w tej optyce dziecko w ławce przestaje być celem, a staje się środkiem. Zasobem misji. Ogniwem łańcucha prowadzącego do przyszłości, którą wyliczono bez niego.
Dodam jeszcze jedno zastrzeżenie, żeby nie wrzucać wszystkiego do jednego worka. Badania nad bezpieczeństwem sztucznej inteligencji to nie ideologia, tylko poważna praca techniczna; troska o ryzyko nie czyni nikogo sekciarzem. Problem zaczyna się bowiem tam, gdzie prognoza przestaje być hipotezą do sprawdzenia, a staje się biletem do władzy.
Szkoły jutra?
Najlepiej widać to w Ameryce. „Wall Street Journal” opisał na początku lipca nowy obyczaj rodzin o wysokich dochodach: odchodzą od tradycyjnej szkoły ku mikroszkołom, nauczaniu domowemu i programom prowadzonym przez sztuczną inteligencję. Shaun Johnson, inwestor venture capital z San Francisco, który posyła syna do przedszkola Alpha za 75 tysięcy dolarów rocznie, ujmuje rzecz bez ogródek: „Zdajemy sobie sprawę, że edukacja w obecnym kształcie jest najpewniej zepsuta - i że znajdą się przedsiębiorcy, którzy spróbują ją naprawić”. To zdanie warto przeczytać dwa razy, bo w jednym oddechu stawia diagnozę, odbiera głos nauczycielom i wskazuje zbawcę. Opisywana w tym samym artykule szkoła Forge Prep z New Jersey reklamuje się hasłem „Built for 2040. Not 1940” - zbudowana dla roku 2040, nie 1940. Trudno o czystszy przykład placówki, która czerpie autorytet z daty w przyszłości. Socjologia zna tę sekwencję: najzamożniejsi pierwsi opuszczają wspólną instytucję, a instytucja zostaje sama z opowieścią o własnej przestarzałości.
Okrętem flagowym tej flotylli jest teksańska Alpha School, prywatna sieć z czesnym od 10 do 75 tysięcy dolarów rocznie, w której nauką kieruje platforma AI w modelu „2 Hour Learning”: dwie godziny nauki akademickiej dziennie, a zamiast nauczycieli „przewodnicy”. Platforma rejestruje przy tym każdą interakcję ucznia, łącznie z tym, jak uważnie słucha. Miliarder Bill Ackman ogłosił ją przełomem. Sęk w tym, że spektakularne wyniki uczniów znamy wyłącznie z wewnętrznych analiz firmy; nikt ich niezależnie nie potwierdził, część rodzin z kampusu w Brownsville zaczęła zabierać dzieci, a teksański nadzór zdążył czasowo zablokować szkole udział w programie bonów oświatowych. Ekonomistka edukacji Caroline Hoxby ze Stanfordu komentuje zaś w „WSJ” sucho: nie kibicuje żadnemu modelowi edukacji, za którym stoją znikome dowody empiryczne. Schemat wygląda znajomo: obietnica z przyszłości, mierniki, których nie sposób sprawdzić z zewnątrz, i inwestorzy w roli recenzentów pedagogiki.
Ten sam przekaz płynie ze szczytu technologicznej hierarchii w formie jeszcze ostrzejszej. Thiel Fellowship wypłaca młodym ludziom, w tegorocznej edycji po 250 tysięcy dolarów, pod jednym warunkiem: mają porzucić studia. Nie jest to program stypendialny, lecz przedstawienie, w którym uczelnię obsadzono w roli balastu. Kto uwierzył w ogłoszoną przyszłość, temu szkoła może już tylko zawadzać. Przejdź do poczekalni, lepiej panującej nad zmianą. Wybierz pretopię kreowaną przez dzisiejszą, nie zaś wczorajszą władzę.
Dzisiejsza szkoła stoi przed szeregiem wyzwań. Natomiast tym rzadko podkreślanym jest zapaść wynikająca z braku niezależności. Zamknięcie oczu na przyszłość i skupienie na teraźniejszości. Swoiste oddanie klucza do kalendarza ludziom, których prognoz nie powinniśmy sprawdzać. Przynajmniej bez konsensusu ogółu.
U nas rewolucja przybiera na razie postać sprzętu. MEN i partnerzy przemysłowi zapowiadają pracownie AI w dwunastu tysiącach szkół, a jednocześnie raport Polskiej Akademii Nauk ocenia dotychczasowe szkolenia nauczycieli jako nieskuteczne i mówi wprost, że szkoła nie jest gotowa. Powstaje dokładnie ta próżnia, o której pisała Véliz: tam, gdzie nauczyciel nie czuje się pewnie, wchodzi dostawca z gotową opowieścią o przyszłości i z fakturą. UNESCO w swoich wytycznych od 2023 roku powtarza, że technologia w edukacji ma służyć wizji człowieka, nie odwrotnie; wytyczne nie wygrają jednak z marketingiem, jeśli w pokoju nauczycielskim zabraknie narzędzi do zadawania pytań.
Czy to już technofaszyzm?
Umberto Eco w słynnym eseju „Ur-faszyzm” wyliczył czternaście cech wiecznego faszyzmu i zastrzegł, że to sito, nie wyrok. Przyłóżmy sito do naszego materiału. Kult działania zamiast namysłu - jest („najpierw buduj”). Niezgoda jako zdrada - jest (kto pyta o skutki, ten „hamuje postęp”). Pogarda dla powolnych - jest. Lud jako dekoracja, w imieniu której przemawia wódz - jest, tyle że zamiast ludu występuje „ludzkość i jej przyszłość”, nad którą nikt nie głosował. A jednak jednej rzeczy w tym zestawie brakuje i to zmienia diagnozę: klasyczny faszyzm mitologizował przeszłość, a ta formacja mitologizuje przyszłość. Być może jest to pewna forma (nazwijmy ją roboczo) pretokracji (?) - władzy z tytułu przyszłości. Rozpoznacie ją po czterech znakach: wieczny stan wyjątkowy, którego powód leży zawsze przed nami, więc nie da się go zlustrować; obietnice tak ruchome, że żadna data ich nie obala; namysł traktowany jako opóźnienie; i coraz ściślejszy sojusz tych, którzy przewidują, z tymi, którzy decydują. Sądzę, że to właśnie te kategorię wyznaczają kreacje najbliższej przyszłości - technologiczne pretopie, które antycypują jutro.
Przyszłości nie znamy i to jest dobra wiadomość. Nieznana przyszłość należy do wszystkich; znana należałaby do tych, którzy ją ogłosili. Szkoła, która uczy audytować proroków, nie produkuje cyników. Produkuje obywateli, którymi nie da się rządzić “cudzym” kalendarzem. Astrolog Ludwika XI przeżył, bo król nie umiał sprawdzić jego przepowiedni. Nasi uczniowie powinni stawać się takimi władcami, którym nie brak odwagi, na sprawdzenie proroctw pretokracji.
Pergite!
Karol Kasprowicz
Do poczytania:
T. Gebru, É. P. Torres, „The TESCREAL bundle”, First Monday 2024
C. Véliz, Prophecy: Prediction, Power, and the Fight for the Future, Doubleday 2026 (oraz wystąpienie TED)
A. Crary, „The toxic ideology of longtermism”, Radical Philosophy 2023
U. Eco, „Ur-Fascism”, NYRB 1995
J. Dewey, „My Pedagogic Creed” (1897); J. i E. Dewey, Schools of To-morrow (1915)
Alpha School i reportaż CBS News
„Wall Street Journal” o odwrocie zamożnych rodzin od tradycyjnej szkoły
Gwoli pobudzania wyobraźni J. Zajdel, Paradyzja (1984), Limes inferior (1982)
Varia
Reed Hastings, współzałożyciel Netflixa i od ponad dwóch dekad uczestnik amerykańskich reform edukacyjnych, zapowiedział próbę ponownego sprawdzenia słynnego problemu dwóch sigm Benjamina Blooma. Projekt prowadzony przez Bena Somersa ma objąć dzieci, które przez cały rok szkolny będą korzystać z indywidualnego tutoringu. Zespół liczy dwadzieścia osób, wydatki mogą sięgnąć stu tysięcy dolarów rocznie na ucznia, a organizatorzy deklarują publikację metod, punktów odniesienia i wyników również wtedy, gdy nie potwierdzą założeń. Ambicja jest prosta: sprawdzić, jak wiele może nauczyć się dziecko, gdy koszt i dostępność nauczyciela przestają być ograniczeniem.
Punktem odniesienia jest artykuł Blooma z 1984 roku, według którego uczniowie korzystający z indywidualnego tutoringu osiągali przeciętnie wyniki o dwa odchylenia standardowe wyższe niż uczniowie nauczani konwencjonalnie. To właśnie słynne „dwie sigmy”, zwykle tłumaczone jako przesunięcie przeciętnego ucznia w okolice 98. percentyla. Wynik zrobił ogromną karierę, choć pierwotne eksperymenty były niewielkie, trwały trzy lub cztery tygodnie i dotyczyły konkretnych tematów, między innymi rachunku prawdopodobieństwa i kartografii. Powtórzenie próby przez cały rok, na szerszym materiale i przy współpracy z niezależnymi badaczami może więc wnieść do dyskusji coś, czego od dawna w niej brakuje: dane odpowiadające skali stawianych tez.
Dla Hastingsa tutoring prowadzony przez ludzi jest jednak nie tylko przedmiotem badania. Ma również stworzyć punkt odniesienia dla systemów sztucznej inteligencji. Najpierw należy ustalić, co w optymalnych warunkach potrafi osiągnąć indywidualny nauczyciel, a następnie sprawdzić, czy podobne rezultaty można uzyskać za pomocą technologii dostępnej znacznie większej liczbie uczniów. Gdyby okazało się to możliwe, konsekwencje byłyby poważne: indywidualizacja nauczania, dotąd zarezerwowana przede wszystkim dla rodzin i szkół dysponujących dużymi środkami, mogłaby stać się usługą powszechną. AI nie występuje w tym scenariuszu jako dowiedziony następca nauczyciela, lecz jako hipoteza dotycząca skali.
Sukces ludzkich tutorów nie będzie jeszcze dowodem na skuteczność tutorów cyfrowych. Wysoki wynik testu nie odpowie sam z siebie na pytania o trwałość wiedzy, samodzielność ucznia, motywację ani społeczną funkcję szkoły. Z kolei niepowodzenie konkretnego programu nie rozstrzygnie o wartości indywidualnego nauczania czy zastosowań AI w innych warunkach. O znaczeniu projektu przesądzą więc szczegóły: dobór uczniów i grupy porównawczej, sposób mierzenia postępów, jawność protokołu oraz możliwość niezależnego sprawdzenia rezultatów.
Ta inicjatywa komplikuje prosty podział na technologicznych proroków i broniącą się przed nimi szkołę. Nadal mamy tu opowieść o przyszłości, znaczny prywatny kapitał i wizję edukacji formułowaną poza publicznym systemem. Mamy jednak również próbę poddania tej wizji empirycznemu sprawdzianowi oraz zapowiedź ujawnienia porażki, jeśli do niej dojdzie. Być może właśnie tak powinna wyglądać odpowiedzialna rozmowa o edukacji jutra: nie jak wybór między zachwytem a odmową, lecz jak seria pytań, których nie rozstrzyga ani obietnica przedsiębiorcy, ani nieufność krytyka. Przyszłości szkoły nie znamy. Możemy natomiast coraz lepiej projektować próby, które powiedzą nam, co jest w niej możliwe.






Świetny tekst!
Cieszę się, że są ludzie, którzy myślą podobnie. Szkoła jutra to szkoła dynamiczna, relacyjna, dająca uczniom podstawy wewnętrzne, a nie jedynie wiedzę:)
Napisałam swego czasu krótki esej o tym:
https://ocenauczen.substack.com/p/ruiny-i-zasony?r=7axiky&utm_medium=ios